Kilka faktów o karmieniu piersią.

Karmienie piersią jest dla wielu mam naturalnym sposobem karmienia i nawet się nad tym nie zastanawiają. Inne martwią się, czy ich mleko wystarcza dziecku, czy dobrze karmią, potrzebują wsparcia. Bez względu na stopień motywacji mamy, karmienie piersią dziecka to sukces.
Czasem jednak się nie udaje. Jak to jest, że wtedy zamiast wspierania rodzi się poczucie winy a zamiast sukcesu jest poczucie porażki?  

Czytaj dalej “Kilka faktów o karmieniu piersią.”

Kolejka? Nie zarejestruję się, bo trzeba czekać.

Noszę okulary. Z tego powodu bywam pacjentem. A z uwagi na to, że bywam pacjentem, wiem, jak pacjentom jest ciężko dostać się do specjalisty.

W okolicach matury zorientowałam się, że widzę nieostro. Od tego czasu minęło blisko dwadzieścia lat. Jak miałam krótkowzroczność tak mam nadal i przez te lata nie pogorszyło mi się za bardzo.

Skoro się nie pogarszało to i nie widziałam potrzeby wizyty u okulisty. Wykończyłam niejedną parę okularów. Jedną wykończyły dzieci. Przy okazji zakupu ostatnich okularów okazałam optykowi receptę. Nieco pożółkłą, trochę zużytą, w całkiem niezłym stanie jak na tych parę lat.

I tak sobie pomyślałam: mam wadę wzroku, miewam bóle głowy, czas zbadać oczy. Jak pomyślałam, tak stanowczo nie zrobiłam.

Ale przy kolejnej parze okularów był już wstyd okazywać pożółkłą, sześcioletnią receptę. To mnie zmotywowało. Zdecydowałam się na kontrolę u specjalisty od oczu.

Dumna z siebie włączyłam wyszukiwarkę poradni okulistycznych przyjmujących w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Zaczęłam dzwonić, po kolei z listy. Pięć pierwszych nie odbierało w ogóle. Kolejne proponowały terminy na dwudziesty drugi rok lub na dwudziesty pierwszy, czyli za około dwa lata. Świetnie, mówię, biorę, bo jak dla mnie to super termin. Ale wtedy panie po drugiej stronie słuchawki mówiły, że na tak odległy termin zapisów jednak nie prowadzą. I że nie zapiszą.

Zadzwoniłam do następnej przychodni z listy. Telefon nawet został sprawnie odebrany. Pani zaproponowała dość bliski termin, już za kilka miesięcy. Mówię, super, nawet się nie spodziewałam. Biorę.

I tu padło pytanie o skierowanie.

– Ma pani przed sobą?

– No nie mam – odpowiadam, z myślą, że przecież rozpoznanie czy datę wystawienia jej podam. Ale ona zaczęła pytać o kody resortowe. Ech, kodów z recepty to nie znam.

Muszę jednak mieć skierowanie, żebym mogła zostać zarejestrowana.

Zatem należało to skierowanie zdobyć. Skierowanie zdobywa się od lekarz „ogólnego” czyli lekarza, zazwyczaj specjalności medycyna rodzinna, przyjmującego w przychodni rejonowej. Udałam się więc do mojej zaprzyjaźnionej przychodni, do której mam złożoną deklarację.

Dowiedziałam się, że lekarza nie ma i w zasadzie nie będzie. Jest tylko po południu, przyjmuje kilkanaście osób, nagłe zachorowania i takie tam. Ale żeby po skierowanie, to za jakieś trzy tygodnie, a w zasadzie to dopiero od następnego miesiąca.

Słyszałam już historie, rodem z Warszawy, że kolejka oczekujących przez lekarza rodzinnego potrafi sięgać dwóch tygodni. A tu proszę, dobre trzy. Poczułam się światowa jak stolica. Lecz problemu mi to nie rozwiązało.

Pozostało „kombinowanie”, czego poprzedni ustrój nauczył naszych rodziców. Coś przecież w genach zostaje. Wróciłam do domu i wykminiłam, że przecież sama jestem lekarzem. Owszem, prowadzę własną działalność (kto poza rezydentami ma jeszcze umowę o pracę? Pewnie są, wzdycham nostalgicznie…). Ale z własnej działalności, czyli jakby nie było, z prywatnej praktyki nie mogę wystawić skierowania. Lekarz spoza systemu, czyli przyjmujący prywatnie, nie może wystawić skierowania do lekarza systemowego, czyli przyjmującego w ramach ubezpieczenia.

Doszłam do wniosku, że sama sobie skierowania nie wystawię. Ale przecież mogę zapisać się do przychodni, w której pracuję. Trochę ryzyko, bo daleko od domu, ale jednak… Tak też zrobiłam. Zarejestrowałam sama siebie jako pacjentkę do siebie jako lekarza rodzinnego. I się przyjęłam. Efektem wizyty było wystawienie skierowania z kodem na krótkowzroczność z prośbą o kontrolę.

Ponownie włączyłam wyszukiwarkę NFZ. Zaczęłam już od tej sprawdzonej poradni, która nie dość, że sprawnie odebrała telefon, to nawet miała termin. Ale tym razem nie odebrała. Pomyślałam, że pewnie wiele osób dzwoni, że może przerwa, ba, może nawet urlop. Więc zadzwoniłam kolejny raz. I kolejny. Na drugi dzień też. Trzeciego dnia dotarło do mnie, że bez sensu dzwonię, trzeba sprawdzić po innych przychodniach.

Zadzwoniłam więc do tej poradni, w której byłam sześć lat temu. Naiwnie sądząc, że może gdzieś w czeluściach kartotek została moja i lekarz, który mnie zbada będzie miał jakąkolwiek informację o moim poprzednim badaniu. Ja jako lekarz lubię porównywać aktualny stan chorego z poprzednim. Ale nie jestem okulistą, może oni mają inaczej?

W każdym razie zastanawiałam się bez sensu, bo w tamtej przychodni też nikt nie odebrał. Tak, wielokrotnie.

No cóż, dzwonię dalej. W końcu – udało się! Dodzwoniłam się do przychodni i to nawet w Fordonie. Ucieszyłam się jak nie wiem co. Dostałam termin we wrześniu za rok. I dwa tygodnie na dostarczenie skierowania. A że cały zeszły tydzień pracowałam od rana do osiemnastej, jak to pracuje POZ, to nie miałam kiedy jechać z tym skierowaniem.

Więc przeoczyłam termin dwóch tygodni na dostarczenie skierowania na wizytę za rok. Myślę sobie, że jednak tak po prostu się nie poddam. W tym celu zarejestrowałam się ponownie u siebie i znowu się przyjęłam. I ponownie wystawiłam sobie skierowanie. To drugie dostarczyłam do przychodni okulistycznej. Ale pani w rejestracji była bystra i od razu zorientowała się, że daty się nie zgadzają. Ja nawet nie wiedziałam jak mam się tłumaczyć, bo to nie od tej pani zależy przepis o dwóch tygodniach. Jak zrobi coś nie tak, to ją będą rozliczać z błędów. Czekałam, co wymyśli i czy przełoży mi termin na kolejny rok, czy może ma jednak jakąś moc i zatrzyma moją wizytę?

Zatrzymała. Z okulistą widzę się już we wrześniu przyszłego roku.

A piszę historię mojej rejestracji nie po to, żeby się wyżalić, wszak mam świadomość kolejki do lekarza.

Rzecz w tym, że mam świadomość kolejki do okulisty. Nie znam długości kolejki do innych specjalistów. Wiem, że można ją sprawdzić, właśnie w wyszukiwarce. Ale sprawdzanie nie ma sensu, bo i tak praktyka jest taka, że wydzwania się po wszystkich i szuka jakiegokolwiek terminu, z radością, że ktoś odebrał i prowadzi zapisy.

Gdybym skierowała pacjenta do poradni specjalistycznej a on mi powie, że kolejka jest roczna, to nie zmienia faktu, że pacjent został skierowany do poradni. Wiedza o długości kolejki niestety nie sprawi, że znajdę sposób aby ją ominąć. Niestety, nie znam takiego sposobu.

Pacjenci stabilni, do konsultacji, ci, którzy mogą poczekać, czekają. Im staram się wystawić skierowanie odpowiednio wcześniej, przewidując, w miarę możliwości, jakiej konsultacji i kiedy będzie potrzebował.

Po drugie ja na kolejkę nie mam wpływu. Co więcej, wiem że okulista, do którego próbowałam się dostać, też nie. Dlatego, że on ma określoną liczbę pacjentów do przyjęcia i tyle przyjmie. Jeśli pacjentów zgłosi się więcej niż on ma miejsc, to kolejka rośnie.

Po trzecie, to, że jestem lekarzem nie oznacza, że mam wszystkich znajomych lekarzy każdej możliwej specjalności i że korzystam ze służby zdrowia alternatywnymi drzwiami niedostępnymi dla innych. Ja też jestem pacjentem.

A po czwarte to, cała sprawa dotyczy medycyny dorosłych. W pediatrii zaś działa to trochę inaczej. Dla potrzebującego dziecka zawsze znajdzie się sposób na szybszą konsultację, na wizytę w poradni. Tak to jakoś działa, że z dziećmi jest łatwiej.

Nie rozumiem podejścia typu: nie zarejestruję się, bo trzeba czekać rok. Mówi człowiek dorosły, w stanie stabilnym, który będzie potrzebował konsultacji specjalistycznej na przykład za rok. Minie rok, przyjdzie czas i się dostanie. Jeśli nie jest to pilna sprawa, to czemu ma nie czekać?

Jakoś tak się przyjęło, że jak trzeba coś zrobić, to na już. Czyżbyśmy zapomnieli o planowaniu?

W opiece nad dziećmi podoba mi się to, że dzieciom opiekę się planuje. Z góry wiadomo, kiedy będzie następne badanie bilansowe, kiedy kolejne szczepienie. Gdybyśmy powiedzieli dziecku, następna wizyta za sześć lat, dziecko nie powie: „eee, to nie przyjdę, nie będę tyle czekał”. Dzieci zazwyczaj mówią: „ale fajnie, mam jeszcze tyle czasu, będę kończył podstawówkę, to przyjdę!”

Cierpliwości życzę w każdej kolejce. A jeśli cierpliwość to nie jest Twoje drugie imię, zmień coś, krzycz głośno, ale nie na lekarzy czy rejestratorki, bo to nie ich wina i wpływu na sytuację nie mają. Działaj, spróbuj coś zmienić. Zgłoś się do NFZ bezpośrednio albo pytaj u Rzecznika Praw Pacjenta. Bierz sprawę w swoje ręce. Umówmy się – zmiany są potrzebne.

czy będzie bolało?

dlaczego nie polecam suplementów diety?

10 zasad prawidłowego karmienia.

Moich 10 sposobów na oswojenie lęku u dziecka, które boi się wizyty u pediatry

1. Uśmiecham się.

Buduje zaufanie i wprowadza ciepłą atmosferę. Jest punktem wyjścia do stworzenia relacji. Musi być szczery, bo dzieci doskonale odczytują fałsz. Jeśli mam paskudny dzień i trudno mi o tym zapomnieć, to rezygnuję ze sztucznego uśmiechu.

Czytaj dalej “Moich 10 sposobów na oswojenie lęku u dziecka, które boi się wizyty u pediatry”

8 codziennych nawyków, które mogą zabić dziecko.

Wszystkiego nie przewidzisz. Chuchasz i dmuchasz, najchętniej zamknęłabyś w szklanym kloszu i dostarczała tlen i jedzenie. Nie da się, dzieci i tak zwojują świat i nie raz się potłuką.

Tym wpisem chcę Ci otworzyć oczy na sytuacje, które mogą się zdarzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Nie ułatwiaj dzieciakom robienia sobie krzywdy i sprawdź, czy dotyczy Cię któraś z wymienionych sytuacji. 

Czytaj dalej “8 codziennych nawyków, które mogą zabić dziecko.”

Co potrafi dwulatek?

Ile waży i mierzy dwulatek?

dwulatek mierzy około 82 cm do 93 cm wzrostu, jeśli jest chłopcem i 80 cm do 92 cm, jeśli jest dziewczynką. Waży około 9,8 kg – 15 kg (chłopiec) lub 9,2 kg – 14,6 kg (dziewczynka). Wartości te możesz sprawdzić na siatce centylowej, zawartej w książeczce zdrowia dziecka [1,2].

Czytaj dalej “Co potrafi dwulatek?”

5 kroków do odnalezienia właściwego lekarza.

Po pierwsze: określ własne oczekiwania.

Oczekiwania, jakie masz wobec lekarza są jednocześnie kryteriami wyboru. Zastanów się, co ma dla Ciebie znaczenie. Czy ważny jest Twoim zdaniem wiek? Płeć? A może fakt noszenia okularów? Może interesuje Cię to, jaką szkołę lekarz kończył albo czy posiada umiejętności na których Ci zależy.

Czytaj dalej “5 kroków do odnalezienia właściwego lekarza.”

Jak zadbałam o bezpieczeństwo dzieci – horror w trzech aktach.

Akt pierwszy.

Dziecko 5 – miesięczne, jeszcze nie potrafiące usiąść, zostawiłam na łóżku. Nie pierwszy raz je zostawiłam. Ale pierwszy raz blisko brzegu. Leżące na plecach. Zabrakło mi rajstopek pod ręką. Od szafki dzieliło mnie może z pół metra. Prawie doskoczyłam do szafki, chwyciłam rajstopki i zdążyłam tylko obrócić głowę. Najpierw usłyszałam łoskot a chwilę później krzyk. Zsunęła się i z wysokości mniej więcej moich kolan spadła na swoje kolana i dłonie, jak kot. Szczęśliwie nic się nie stało, głowa nieuszkodzona. Ale… jak? Przecież leżała na plecach.

Czytaj dalej “Jak zadbałam o bezpieczeństwo dzieci – horror w trzech aktach.”

W kole witaminy C.

Nitka, wróciwszy do domu, oznajmiła dramatycznym głosem:

– Jaka szkoda! Już nigdy więcej nie zjem cytryn. A tak je lubiłam!

Żal, który usłyszałam w jej głosie, kazał mi zapytać, czemu zawdzięcza rozstanie z cytryną.

– Bo najnowsze badania pokazują, że nadmiar witaminy C ma właściwości kancerogenne.

– Skąd wiesz?

– Od mojego taty. Czytaj dalej “W kole witaminy C.”

leczę

Nie napiszę, co dolega Twojemu dziecku, ale mogę Ci powiedzieć.

W internecie, przez maila, na forum – nie udzielę Ci porady, jak leczyć dziecko, tak samo nie doradzę Ci w sprawie szczepień. Owszem, zawodowo udzielam porad medycznych, taki jest mój zawód. Uwielbiam to robić i bardzo lubię rozmawiać z rodzicami. Mam jednak zasadę, że robię to zgodnie z prawem i własnymi przekonaniami, czyli po osobistym zbadaniu pacjenta.

Czytaj dalej “Nie napiszę, co dolega Twojemu dziecku, ale mogę Ci powiedzieć.”

Kogo odwiedzają goście: mamę czy noworodka?

Chciałam napisać, w nawiązaniu do odcinka ProbleMatek, o tym, jak to jest z pierwszą wizytą gości u noworodka. Kiedy wypada zaprosić rodzinę i znajomych? Kiedy to oni sami powinni przyjść? W zasadzie skąd mam to wiedzieć? W podręcznikach do medycyny nikt nic nie napisał na ten temat, bo nie ma żadnych standardów i wytycznych. Tutaj zasady wytycza życie. A dla nowo narodzonego życia zasady wytyczają… rodzice.

Czytaj dalej “Kogo odwiedzają goście: mamę czy noworodka?”

Czy dziecko może chorować mniej?

Mniej dla jednego rodzica znaczy wcale, dla innego chociaż miesiąc przerwy między infekcjami. Najlepiej wraz z lekarzem ustalcie, co oznacza dla Ciebie mniej i jakiej poprawy się spodziewasz. Nie łudźmy się, dzieci w wieku przedszkolnym, które chorują raz na 1 – 2 miesiące, nie przestaną nagle chorować. Nie ma takiej metody, żeby nagle, z miejsca wszelkie choroby ustąpiły.

 

Czytaj dalej “Czy dziecko może chorować mniej?”

Co złego jest w kanapce?

Mirka powiedziała mi, że próbuje diety pudełkowej. Jej motywacją było uregulowanie sposobu odżywiania, czyli między innymi zrezygnowanie z przekąsek, chipsów, czekolady i zaoszczędzenie czasu na przygotowywanie posiłków. Te argumenty trafiają wprost do mnie, bo i mnie temat zdrowego – niezdrowego żywienia dotyczy. Czytaj dalej “Co złego jest w kanapce?”

10 zasad prawidłowego karmienia.

Troska o słaby apetyt u dziecka pojawia się dość często w gabinecie pediatrycznym. Prawie tak często, jak nieprawidłowe nawyki żywieniowe czy brak zasad karmienia. Jak na przykład u chłopca, który w wieku 4 lat przyszedł z mamą i podobnym problemem*

Chłopiec ten od pewnego czasu miał słaby apetyt. Potrafił odmówić jedzenia. Odkąd skończył 3 – lata zyskał w rodzinie etykietkę wybrednego. Zjadał tylko swoje ulubione potrawy: pomidorową i naleśniki. I tak codziennie. Monotonia zaczynała denerwować pozostałych członków rodziny.

Czytaj dalej “10 zasad prawidłowego karmienia.”

Ojciec przyszedł po zwolnienie z w-fu dla córki. Co usłyszał?

Czy Twoje dziecko ćwiczy na w-fie?

Do gabinetu lekarza dyżurnego nieśmiało zapukał zatroskany ojciec dorastającej córki. Prosił, bardzo przejęty, abym zwolniła jego, nieobecną w gabinecie, córkę z udziału w lekcjach wychowania fizycznego. Martwiło go, że córka nie bierze udziału w dodatkowym angielskim, zorganizowanym dla dzieci zwolnionych z w-fu.

Czytaj dalej “Ojciec przyszedł po zwolnienie z w-fu dla córki. Co usłyszał?”

Warzywa i straszenie dziecka lekarzem

Bufet szpitalny, pora obiadowa. Kilkoro klientów w ciszy pochyla się nad jedzeniem. Jest względnie cicho, pusto, sennie. Przy stole siedzi chłopiec, dajmy mu na imię Jaś. Jaś ma na oko cztery latka. Obok Jasia siedzi jego mama. Jaś dłubie widelcem w talerzu. Wyjada ziemniaki, trochę skubie mięso, starannie omija surówkę. Mama go zachęca:- No jedz! Nie omijaj warzyw! Zobaczysz, jak nie będziesz jadł, to powiem pani doktor i ona zrobi ci „oj,oj”!

Czy Jaś zjadł warzywa?

Jeśli znasz ten scenariusz, zastanów się, jak zakończył się ten obiad.Jaś zakodował sobie, że:

1. warzywa zjada się pod przymusem,

2. pani doktor może być groźna.


Ja nie straszę swoich dzieci lekarzem. Nie straszę szpitalem, przychodnią, zastrzykiem. Lekarz i pielęgniarka mają kojarzyć się dobrze. Nie straszę, żeby się tego nie bało. Bo i tak będę uspokajać. Będę zmniejszać strach. To po co go nakręcać?


Straszenie albo wzbudzanie poczucia winy. To są słabe motywatory.

Skoro jednak chcemy zachęcić Jasia do zjedzenia warzyw, możemy szukać innych sposobów. Ja znalazłam takie:


szanuję uczucie sytości dziecka. Jak mówi, że już nie chce, to nie. Jedna łyżka warzyw więcej nie zrobi mu różnicy. Pytanie czemu nie chce? Jest w stresie czy po prostu zjadł wcześniej drożdżówkę? Mnie się takie sytuacje zdarzały. Wpychałam w dzieciaka cokolwiek, bo padało z głodu, a kiedy dopadliśmy punktu z nieco zdrowszym jedzeniem, ono nie miało już ochoty.


daję wybór, choć ograniczony. Przed nałożeniem warzyw na talerz pytam dziecko, czy chce te (wskazujemy propozycję pierwszą), czy te (i tu drugą). Moje zazwyczaj kierują się własnym instynktem i węchem i jeśli już wytropią jakiekolwiek warzywo na talerzu skrzętnie odsuwają na bok. To wersja łagodna. Ostra wersja to wyrzucanie z talerza albo krzyk “zabierz to!” jakby warzywo miało wypalić dziurę w talerzu i zabić po jednym kęsie. Niestety, o ile metoda ograniczonego wyboru w niektórych sytuacjach działa na moje dzieci, w przypadku jedzenia kompletnie się nie sprawdza.


– zdrowe jedzenie fantastycznie sprawdza się tam, gdzie chcemy dziecku ograniczyć porcje. Niechęć do warzyw, najlepiej surowych, sprawia, że jedzą mniej. Ale uwaga! Stąd blisko do pułapki słodyczowej. Po godzinie dziecko jest tak głodne, że zjadłoby cokolwiek, choć nadal nie warzywo. I wtedy albo się przełamie i zje, albo sięgnie po owoc, albo idziemy po całości i pozwalamy mu sięgnąć, co chce, najczęściej słodycze, batony, kanapki z Nutellą. Im starsze dzieci, tym trudniej zablokować dostęp do lodówki. U 3- latki jeszcze się udaje, u 5- latka – zapomnij.


warzywa na talerzu są dominującą porcją. Jak już trafię na to jedno, jedyne zdrowe jedzenie, które dziecko toleruje, to nakładam ile się da. W mojej rodzinie niesłabnącą sympatią cieszą się brokuły. Nakładam, bo wiem, że zjedzą. Na raz, bo jak dam mniej, to krzyczą o dokładkę, ale potem nie chcą jej jeść.


sprawdzamy, czy warzywa się zjada wygodniej łyżką czy widelcem. To działa u młodszych. Starsze jedzą wzrokiem. Chyba że lubią i naprawdę chcą zjeść, to i placami pozwalam.


liczymy, ile kęsów (łyżek, widelców) liczy dana porcja. U moich dzieci najlepiej sprawdza się liczenie łyżek zupy. Ja też tak liczyłam, jak byłam mała. Byłam mega niejadkiem, ale to ZAWSZE działało.


jeśli dziecko lubi działać na przekór, pozornie zabraniamy jeść i sami wyjadamy warzywa jak smakołyk (trochę ryzykowne, ale może skuteczne…?). Młodsze daje się przekonać. 2, 3- latek będzie chciał próbować tego, co mama albo zjeść to, co je starsze rodzeństwo. Gorzej z tym starszym rodzeństwem. Ono często po prostu pozwala nam zjeść swoją porcję.


– unikamy straszenia. Bo straszenie ma krótkie nogi. Nawet jak zadziała, to nie przyniesie długotrwałych efektów. Moim zdaniem lepiej już odpuścić, niż straszyć. Wiem, że mamy, a jeszcze bardziej babcie, boją się uczucia głodu u dziecka. Jak raz nie zje, to naprawdę nic złego się nie stanie.

Jaka jest Twoja propozycja?

Czego brakuje w wyprawce dla noworodka?

Czytam na blogach o wyprawkach dla noworodka. Jestem pod wrażeniem! Wyprawki są skrupulatnie zebranymi, szczegółowymi listami konkretnych produktów, łącznie z cenami i sklepami. Listy tego, co potrzebne są długie, coraz dłuższe. Czasem aż za długie! Zainspirowana znaleziskami zdecydowałam się stworzyć, a jakże, swoją listę. Krótszą.

Czytaj dalej “Czego brakuje w wyprawce dla noworodka?”