Kto mi utrudniał specjalizację z pediatrii i dlaczego?

Tak, wszystkiemu winne szczepienia…

Specjalizację z pediatrii rozpoczęłam na początku 2011 roku, po tym, jak 3 miesiące wcześniej uzyskałam miejsce specjalizacyjne.

Za miejsce odbywania szkolenia wybrałam Wojewódzki Szpital Dziecięcy w Bydgoszczy i szczęśliwie udało mi się tam dostać. Po prostu poszłam do pracy. Zostałam zatrudniona na czas określony, dokładnie na tyle, ile trwa szkolenie specjalizacyjne. Na pięć lat. Ten czas został wydłużony o urlopy macierzyńskie i zwolnienia. Razem osiem.

Specjalizacja to nie są studia, wbrew dość powszechnej opinii.

Specjalizacja polega na szkoleniu, co w praktyce nie oznacza uczestnictwa w jakiś wykładach czy chodzenie na seminaria, jak to się odbywa na studiach. Po prostu się pracuje. Nauka odbywa się między innymi w czasie wizyty lekarskiej lub omówienia, dawniej zwanego obchodem. Zbiera się zespół lekarzy pod przywództwem ordynatora i omawia pacjentów.


W czasie tego omówienia zdaje się relację z pracy z pacjentem oraz słyszy polecenia od przełożonego. Jeśli potrzebne jest wyjaśnienie jakiegoś zagadnienia, albo zostaje ono udzielone na szybko, albo przełożony wskazuje gdzie i czego trzeba się dowiedzie. Jest to pierwszy element szkolenia. I prawda jest taka, że w szpitalnym trybie pracy dotyczy on wszystkich, i lekarzy specjalizujących i specjalistów.

Ale wizyta to nie wszystko. Czym bowiem jest praca z pacjentem…?

Prowadzenie wywiadu a więc zbieranie wielu informacji na temat pacjenta i jego choroby. Badanie. Zlecanie badan diagnostycznych. Zlecanie leczenia. Operowanie. I wykonywanie pewnych procedur.
Procedury są ściśle określone dla każdej specjalności. Jeśli chcesz być pediatrą musisz wykonać dwadzieścia cewnikowań i trzydzieści nakłuć lędźwiowych.


Jak zrobić to pierwsze nakłucie lędźwiowe, skoro wcześniej się go nie robiło?Przygotowujesz się teoretycznie, żeby wiedzieć, której przestrzeni międzykręgowej szukać i gdzie. Na pamięć uczysz się wskazań i przeciwwskazań do zabiegu, choć jako specjalizant liczysz na mniejszą odpowiedzialność, bo przecież lekarz nadzorujący wszystko ogarnął. Musisz wiedzieć, że to nie zwalnia z odpowiedzialności za to, co zrobisz.
Uzyskujesz zgodę rodzica na wykonanie punkcji. Pierwsze nakłucia najłatwiej wykonuje się w warunkach chronionych, to znaczy przy pełnym znieczuleniu pacjenta. U mnie tak było.

Jedno nakłucie, drugie i … stop! Czas leci a nie ma gdzie i jak wykonać procedur.

Jakieś trzydzieści lat temu nakłucie lędźwiowe było tak powszechną procedurą jak założenie wenflonu dzisiaj. W czasie jednego dyżuru lekarz potrafił wykonać 2 do 3 wkłuć, bo takie było zapotrzebowanie. Zapalenie opono mózgowo – rdzeniowych, którego podejrzenie jest wskazaniem do wykonania nakłucia, było naprawdę częstą chorobą i dzieci chorujące nie wysyłało się do jedynego w mieście szpitala zakaźnego.


Dzieci z zapaleniem opon leżały w szpitalach powiatowych. Było ich całkiem sporo.Nakłucie lędźwiowe potrzebne jest to rozpoznania. Rozpoczęcie leczenia bez potwierdzenia choroby może przynieść więcej szkody niż pożytku. Dlatego przy podejrzeniu zapalenie opon zawsze nakłuwamy kręgosłup. Kiedyś od razu przy jednym wbiciu igły podawało się antybiotyk.


Najgorsze choroby powodujące zapalenie opon to tzw meningokoki. Ich pełna nazwa to Neisseria meningitidis. Nie jest to jedna bakteria a cała rodzina. W Polsce meningokoki zabijały dzieci, bo nierzadko z zapaleniem opon szła piorunująca posocznica. Typ C zabijał połowę, typ B prawie tyle samo. Przede wszystkim niemowlęta. Naprawdę nie da się powiedzieć, że neisseria wywołuje łagodną chorobę, bo tak nie jest.

O meningokokach słyszało wielu rodziców, za sprawą szczepień. Od dawna szczepi się dzieci przeciw typowi C, od niedawna B, i na tę drugą szczepionkę pediatrzy czekali niecierpliwie od lat.

Ale nie jest to obowiązkowe, dlatego wielu rodziców interesuje się tematem, zastanawiają się jak, kiedy i czy w ogóle zaszczepić dziecko. Jedni wychodzą z założenia, że jeśli zakażenie dotyczy tylko niemowląt, to nie ma sensu szczepić, bo to tylko rok ryzyka, itd. Inni, którzy zetknęli się z posocznicą meningokokową wśród rodziny czy znajomych, w ogóle się nie zastanawiają.
Ale nie o meningokoki mi chodzi.
Rzecz w tym, ze 30 lat temu lekarz dyżurny procedurę nakłucia wykonywał kilkadziesiąt razy w ciągu roku. Wpisał w indeks wykonanych zabiegów i nic nie stało na przeszkodzie w realizowaniu programu specjalizacji.

Mnie się to udało z trudem. Nagle okazuje się, że to, co trzydzieści lat temu było codziennością, dziś należy do rzadkości.

Zapalenia opon, bakteryjne, zdarzają się o wiele rzadziej. Z reguły to meningokoki, pneumokoki albo zapalenia w przebiegu sepsy noworodków.
A gdzie główny sprawca? Haemophilus influenza!
W szczepionce. Obowiązkowej, dotyczące wszystkich dzieci urodzonych od 2007 roku. Weszły szczepionki na skalę masową, umieralność spadła, zachorowania spadły. Nie mam pojęcia o ile procent, bo w tej chwili nie ma to dla mnie znaczenia. Znaczenie ma to, ze od 2 wkłuć/ dyżur dochodzimy do trudności z wykonaniem 30 wkłuć/ 8 lat.To chyba robi różnicę. Tak więc bakteria, a nawet szczepionka wyprodukowana przeciwko niej sprawiły, ze punkcje musiałam wykonywać na takich oddziałach jak neurologia czy onkologia. U pacjentów chorych na chorobę nieinfekcyjną.


O haemophilusie się nie pamięta. Obyśmy nie musieli pamiętać. Gorzej, jak cofniemy się o te trzydzieści lat. Wówczas młode pokolenie lekarzy stanie na wysokości zadania, trzaskając punkcję lędźwiową jedną za drugą. Trudno będzie im cieszyć się z tej możliwości, którą stworzy tragiczna w skutkach choroba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *